niedziela, 5 maja 2013

Pieszo po Polskim wybrzeżu.

Zachód słońca w Niechorzu 











Miało być przez całe wybrzeże w 5 dni, a skończyło się jak zwykle szybciej, już po dwóch dniach. Pierwszego dnia przeszedłem według GPS 73km. Mimo że wyprawa miała być dłuższa i zakończona rekordem, jestem  zadowolony. Pogoda dopisała, wiatr prawie nieodczuwalny a słońce świeciło cały dzień. Nawet nie mogłem narzekać na plaże- była idealna do maszerowania. Zdarzały się momenty, kiedy piasek był grząski, ale na tak długim dystansie było to nawet niezauważalne.  Aby się zbytnio nie nudzić, słuchałem radia, a co 10 km robiłem dłuższe przerwy. Zdarzało mi się nawet przysnąć leżąc na piasku z plecakiem pod głową. Maszerowałem od 7 rano aż do 23. Może się wydawać, że takie maszerowanie jest bardzo monotonne, jednak w rzeczywistości po drodze mija się ciekawe odcinki wybrzeża, monstrualne gdzieniegdzie (w okolicy wyspy Wolin) wybrzeże klifowe lub mierzejowe - to najbardziej spokojne i piaszczyste. Kiedy w Niechorzu zatrzymałem się na zachód słońca, postanowiłem że pójdę jeszcze niecałe 10 km do Mrzeżyna. Dość długo trwał półmrok. Szło sie rewelacyjnie, nawet nie musiałem zapalać czołówki. W życiu nie widziałem tylu gwiazd na niebie, po prostu jedna koło drugiej. Miałem uczucie jakby to całe sklepienie zbliżało się do mnie. Pomimo wieczornej, dobrej do maszerowania aury i ciekawej audycji w radio o Nowej Hucie, postanowiłem zatrzymać się na nocleg. Nie szukając zbytnio miejsca do spania położyłem się na plaży. W radio mówili, że na północy ma być zimno tej nocy; możliwe, że było, ale miałem swój ukochany "żelazny śpiwór", w którym już zdarzało mi się sypiać w górach nawet przy -14 stopniach.  Każda taka wyprawa uczy mnie czegoś nowego w kwestii koniecznego do zabrania ekwipunku. Tym razem w sumie było okej, ale jednak brak możliwości wykąpania się w morzu, sprawił mi pewien dyskomfort, dlatego jeśli już podejmę kolejną próbę przejścia naszego wybrzeża to, za namową Marcina Markanicza, będzie to latem.  
Świnoujście-Mrzeżyno mój pieszy kawałek

wtorek, 23 kwietnia 2013

Rez. Śnieżycowy Jar

ukształtowanie terenu Śnieżycowego Jaru

w okolicy rezerwatu przebiega szlak
św. Jakuba 


oznaczenie szlaku w rezerwacie





jednak się spóźniliśmy, mimo że wiosna też się spóźniła
Śnieżyca Wiosenna była na czas!




dla tego kwiatka tłumy ludzi spacerowały
w niedzielne popołudnie w rezerwacie ( Śnieżyca Wiosena)




Kto by się spodziewał (bo ja nie), że dla tak małego białego kwiatka z żółtymi kropkami masa ludzi będzie robić wiosenny spacer po lesie. W niedzielne popołudnie postanowiliśmy pojechać do Rezerwatu Śnieżycowy Jar położonego w dolinie rzeki Warta koło Murowanej Gośliny, z nadzieją, że zobaczymy białe dywany kwiatów, dzięki niepozornej roślinie jaką jest Śnieżyca Wiosenna. Jednak jak sie okazało przyjechaliśmy za późno. Możliwe, że spóźniliśmy się o kilka dni tylko, ale po Śnieżycy Wiosennej pozostały tylko zwiędłe kielichy kwiatów. Tylko jeden z nich udało nam się ujrzeć kwitnącym i uwiecznić na zdjęciu, które zamieszczamy powyżej.  Cóż, widać trzeba nam znów czekać na przyszły rok, bądź ewentualnie wybrać się gdzieś w góry, gdzie jest znacznie więcej stanowisk tego gatunku kwiatów. 

środa, 10 kwietnia 2013

Pamiątki z podróży

sosna przybrzeżna (nadmorska) Pinus pinaster 


Albania. Zachwycające choinki ze sporymi szyszkami rozciągające się jak wielkie parasole nisko nad ziemią tuż przy Morzu Jońskim, gdzieś w okolicy miasta Sarande.  Ilość i piękno egzotycznych roślin sprawiają się pragniemy przywieźć sobie jakąś pamiątkę do domu. Tylko co wziąć by nie zmarniało podczas podróży? Gałązkę? małą sadzonk Nie.... Szyszkę oczywiście! Znalezienie niezniszczonej i w zasięgu ręki szyszki nie było w cale takie proste. W końcu zza płota jednej z posesji wyłoniła się gałązka z piękną, dojrzałą "szysią". O to chodziło. Może nie był to największy z widzianych przez nas okazów, ale na pewno większy niż te w Polsce. Gdy przywieźliśmy zdobycz do domu, ktoś ze znajomych odkrył, że w szyszce zostało jedno nasionko. Wsadziłam je do ziemi. Po  jakimś czasie "chuchania i dmuchania" na tą "jedyną szansę" pojawił się kiełek, później igiełki, które teraz znajdują się najniżej, kolejne igły i tak moje kujące maleństwo powoli rośnie. Dziś ma już 1,5 roku!


może kiedyś będzie wyglądać Tak


poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Pamiętaj abyś dzień święty święcił

Kościół św. Jana w Sztokholmie
Przygotowując nasze wyjazdy zarówno te weekendowe jak również te trochę dłuższe  zawsze staramy się brać pod uwagę obecność na niedzielnej mszy świętej. Ostatnim razem, gdy wybieraliśmy się do Sztokholmu, zawczasu sprawdziłem gdzie jest polski kościół i w jakich godzinach są w nim odprawiane msze św. Wielką korzyścią wynikającą z tego, że po całym świecie rozproszeni są polscy misjonarze, jest fakt, że można zapytać ich o możliwość przenocowania. Zdarzyło nam się już, że w Albanii zatrzymaliśmy się u misjonarza, który był w albańskiej parafii. I choć był to kapłan z naszego kraju, to na nabożeństwie siedzieliśmy jak  na tureckim kazaniu. Prócz pojedynczych księży, którzy wyjeżdżają sprawować swoja posługę za granicą, istotnym elementem spajającym rodaków na obczyźnie jest Polska Misja Katolicka, służąca mieszkającym tam rodakom i stanowiąca pierwiastek polskości, tradycji w zgiełku obcego kraju.

Kościół św Stanisława B.M  Rzymie















Bazylika archikatedralna
 Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
 we Lwowie


wtorek, 26 marca 2013

Be'er Szewa miasto na pustyni


Pustynia. To nie tylko miejsce. To też stan ciała i ducha. Genialne zespolenie istoty z otoczeniem. Przedziwna harmonia i cisza i pustka zarazem. Pustynia to też strach, niemy krzyk niewyrażalnego – wszystko i nic w twej głowie. Pustynia Nagew: żółte skaliste wzgórza, bardziej żwir niż piach, wiatr kręcący bezmyślnie młynki z kurzu, wyschnięte koryta strumieni, a przy nich suche, ogołocone z liści nieliczne krzaczki. Pustynia Negew- wąska i zazwyczaj pusta droga dwupasmowa przedzielona żółtą linią,  dość wyboista, choć zdecydowanie niepopękana a przy niej rzadkie znaki drogowe: uwaga wielbłądy lub spadające skały.
w drodze do Be'er Szewa

Jedziemy klimatyzowanym autem z atrakcyjną brunetką i jej dwoma córkami. Ona nie zna angielskiego, francuskiego, rosyjskiego, ani żadnego innego zrozumiałego dla nas języka. My nie znamy hebrajskiego, arabskiego ani żadnego zrozumiałego dla mniej języka. Obserwujemy fraktalne obrazki za szybą: wzniesienie, żwir, kurz, koryto strumienia, wzniesienie… Nie jest cicho. Towarzyszy nam płyta z muzyką dla dziesięciolatek. Długo jeszcze chodzić mi będzie po głowie fragment : to be like a star like a Hero na na na na- idiotyczny i pozbawiony sensu, wyrwany z piosenki, nawet nie refren, raptem jego cześć. Prowizoryczne domy z koców, kartonów, plastikowych dykt itp. dają nam znać, że zbliżamy się do miasta.


Widok z pokoju Naamy na Be'er Szewa.

Ber Szewa – dość eleganckie miasto w centrum Izraela, wybudowane na piachu. Miejsce zaskakujące, gdyż mnóstwo  nim zieleni, wygląda tak normalnie, a wystarczy wyjechać poza jego granice by zrozumieć na jakim pustkowiu zostało wzniesione: piach, piach po horyzont. Rozmowa z mieszkanką tegoż miasta uzmysławia nam jeszcze bardziej niezwykłość Ber Szewy. Kilkadziesiąt kilometrów dalej znajduje się strefa Gazy. Zdarzają się tygodnie kiedy codziennie w te okolice spadają rakiety, a we wszystkich budynkach wyją syreny ostrzegawcze nakazujące ludności chować się do schronów. Czasem nawet kilka razy dziennie. Trzeba by ostrożnym, by zawsze mieć w pobliżu jakiś schron. Ludzie tu nie giną. Przynajmniej nie tak często jak mogłoby się wydawać. Umierają Ci, którzy nie słyszą syren i nie reagują właściwie – to bardzo rzadkie przypadki.
Jest niedzielne popołudnie. Chłodna kąpiel łagodzi żar spalonej pustynnym słońcem skóry, spłukuje kurz i sól z Morza Martwego. Klimatyzowane pomieszczenia i lód z wodą (sic!) przynoszą ulgę i jakiś niewysłowiony wewnętrzny spokój. Już dobrze, jesteśmy bezpieczni, żyjemy. Nadal żyjemy. Internet informuje nas, że w okolicy znajduje się kościół katolicki i że msza będzie wieczorem. Krótka drzemka, mapa pospiesznie narysowana przez naszą „gospodynię” i adres schowany do kieszeni lnianych spodni. Ruszamy.

Minęła spiekota południa, słońce zniknęło gdzieś za horyzontem, zmierzch budzi nasze otępione zmysły. Docieramy na ulicę pełną domów jednorodzinnych. Jeden z nich powinien być naszym kościołem. Jest! Ten żółty. Numer się zgadza, ale furtka jest zamknięta. Mamy jeszcze sporo czasu, kręcimy się po okolicy. Cicho, pusto, odludnie. Wracamy, drzwi są już otwarte. Zaczynam się obawiać, czy to na pewno kościół katolicki. Wchodzimy do środka. Na oknach witraże, w środku półmrok, wszystko jak należy: ołtarz, tabernakulum, krzyż i ambona. Chyba dobrze trafiliśmy. Niebawem podchodzi do nas młody mężczyzna w okularach jak denka od słoików, z krzywymi zębami, serdeczny, trochę zabawny, choć w niebanalny sposób i zachowujący powagę właściwą miejscu i … jak się później okazało również jego godności. Pyta czy będziemy uczestniczyć we mszy i daje nam książeczki, w których są zapisane słowa całej liturgii. Zaczyna się eucharystia. Wchodzi przebrany już w sutannę przedziwny gospodarz w okularach. Jest jeszcze jeden mężczyzna, po chwili przychodzi jakaś kobieta – chyba hinduska, ma przykrytą głowę i bose stopy, później dołącza też czarny mężczyzna. Rozpoczyna się niesamowita sześcioosobowa msza. Staramy się jak możemy, by odczytywać trudne hebrajskie słowa zapisane fonetycznie w naszych książeczkach i by nie pogubić się, co i kiedy należy odpowiadać. Przechodzi mnie dreszcz mistycznego uniesienia. I w tym języku i w tej atmosferze jest coś niesamowitego, transcendentnego, coś co już wiem, że będę wspominać, pamiętać przez lata. Myślę o pierwszych apostołach, ich modlitwach i pierwszych eucharystiach; mszach w małych wspólnotach, łamaniu chleba, o „Ojcze Nasz” po hebrajsku- czy brzmiało podobnie do tego, które przekazał uczniom Jezus? Serce bije we mnie mocniej przy podniesieniu, zamykam oczy… A więc tak to musiało brzmieć: Oto ciało moje, które za was i za wielu będzie wydane

Wróciliśmy po ciemku do domu. Ciche miasto zasypiało, tylko wygłodzone koty z wielkimi uszami o krótkiej, aksamitnej sierści pomiaukiwały plądrując śmietniki. To był dobry dzień.

sobota, 23 marca 2013

Park Krajobrazowy Puszcza Zielonka

Pomysł przejścia pieszo ciekawego krajobrazowo odcinka w okolicach Poznania zrodził się kilka dni wcześniej. Miał to być taki mały trening przed majowym weekendem. Pogoda nie stanowiła większego problemu, przecież jest marzec, wiec wszystkiego można się spodziewać. Często w te rejony jeździmy w sezonie jesiennym na grzyby, jednak w zimowej aurze krajobraz wyglądał zgoła inaczej. Całość trasy wyniosła prawie 28 km a czas jaki poświęciliśmy na jej przejście to ponad 6h. Długość podobna do jednego z etapów na naszej ostatniej wycieczce po Górach Sowich. Ze schroniska Andrzejówka do Zygmuntówki zrobiliśmy pieszo 29 km, ale zajęło nam to cały dzień. Dziś na trasie przechodziliśmy przez Dziewiczą Górę, ale nie ma ona zbyt wiele wspólnego z prawdziwą górą, może z dziewicami więcej;)




Z Murowanej Gośliny do Poznania.





Ślady obecności Dzików.



Wieża widokowa na Dziewiczej Górze.


Widok na Poznań z wieży widokowej.

spore te lasy Puszczy Zielonki.

Wiosenny weekend

temperatura o 7 rano w Poznaniu
 Mamy pierwszy wiosenny weekend w tym roku. Temperatura po prostu powala -12°C. Jak widać na dolnym zdjęciu słońca jest wystarczająco aby spędzić ten dzień na świeżym powietrzu. Dlatego wybieramy się do Puszczy Zielonki aby skosztować tej wiosennej zimy...
A błękit nieba jak na południu Europy.