Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciekawe noclegi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciekawe noclegi. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 listopada 2013

Ciekawe noclegi 2013

Wnętrze berberyjskiego namiotu













Nic nie zaprowidowało, że nasz pierwszy nocleg u Berberów spędzimy w namiocie na pustyni koło Arfoud na południu Maroka. Spotkany przypadkiem pan Omar zaprosił nas do siebie i bardzo chciał abyśmy u niego spali, ale  bał się, że ktoś z sąsiadów może na niego donieść, że przyjmuje ludzi bez meldunku. Zadzwonił do znajomego, który przy drodze z Arfoud do Tinejdad prowadzi sklep z minerałami i oznajmił nam, że tam bez żadnego problemu możemy przenocować. Na miejsce dotarliśmy w nocy (spędziliśmy ją spokojnie, pomimo że miejsce znajdowało się koło drogi), więc rano byliśmy totalnie zaskoczeni widokiem. Okazało się, że otaczała nas pustka i dziwne studnie. Jak się później dowiedzieliśmy, jest to system studni wymyślony przez Persów, który w Maroku nazywa się Ketthara..
Kanat - system nienawadniający


Salon i zarazem nasza sypialnia
















  


Jadąc do Agadiru, po drodze zabraliśmy autostopowicza (ta forma przemieszczania się jest wybitnie popularna wśród Marokańczyków).  Była to pierwsza osoba, która wzięliśmy na stopa w Maroku. W zamian za podwiezienie, chłopak zaprosił nas do siebie. Nie mogliśmy odmówić. Cały pobyt wśród jego rodziny był dla nas bogatym doświadczeniem kulturowym. Wracając do noclegu- spaliśmy tak jak pozostali domownicy tzn. na podłodze, na legowisku położono nam dodatkowe koce i poduszki. Daliby chyba wszystkie domowe zapasy pościeli, byleby było nam wygodnie. Zasnęliśmy smacznie w naszych śpiworkach, bo nie chcieliśmy aby wszystkie kocyki trafiły się nam,  a nasi gospodarze nie mieliby na czym spać. 
Na nocleg trzeba było "zapracować"





Szykowanie kolacji


























Ze wszystkich naszych marokańskich noclegów, noc spędzona u pana pszczelarza wydaje nam się dziś najsympatyczniejszą. Początkowo zamierzaliśmy nocować nad oceanicznym klifem. Asia w samochodzie, ja na zewnątrz na karimacie. Jednak zanim zaczęliśmy rozbijać się, postanowiłem zapytać człowieka, który był nieopodal, czy możemy w ogóle tu spać. Pszczelarz (bo tym właśnie zajmował się nieznajomy) zaproponował abyśmy dołączyli do niego. Śmiał się, że chcemy spać na karimatach. Od razu zaproponował nam spanie na naczepie samochodu, a sam położył się w kabinie. Później zrozumieliśmy, dlaczego nasz pomysł był dla niego śmieszny. W nocy okolicę namiętnie przeczesywały duże czarne robaki. Wiele mądrości jest w przysłowiu: "kto pyta nie błądzi" - jesteśmy tego pewni!   

kwatera u pszczelarza









Nasze początki w spontanicznym szukaniu noclegów.
Ciekawe Noclegi 2012

sobota, 25 maja 2013

Couchsurfing rozwiązanie na drogie noclegi.

Wybierając się gdzieś w podroż wymagającą częstego przemieszczania warto skorzystać z programu Couchsurfing. Po darmowej rejestracji na stronie CS mamy możliwość znalezienia noclegu  praktycznie w każdym kraju na świecie. My osobiście wypróbowaliśmy tą formę noclegu w takich krajach jak: Izrael, Jordania, Grecja, Szwecja, Polska. Za każdym razem było inaczej. Na przykład w Tel-Avivie trafiliśmy do białoruskiej rodziny, która przeniosła się do Izraela. Panowała u nich rodzinna atmosfera; nawet jedzenie było podobne do polskiego: kartoszki z kotletami mielonymi. Każdy wieczór spędzaliśmy na rozmowach z gospodarzami, a na czas naszego pobytu w Tel-Avivie dostaliśmy własny komplet kluczy i rowery do poruszania się po mieście.
Po Tel-Avivwie przyszła kolej na Jerozolimę. Tam trafiliśmy do pewnej pary gejowskiej. Trochę nas to rozbawiło, no bo wiecie: Jerozolima święte miasto... ale cóż, to nie nasza sprawa. Poza tym homoseksualiści bardzo sobie upodobali Izrael, chyba lubią ciepłe klimaty. Tu warunki też nie były złe.
W ogóle nasza dotychczasowa historia z CS jest jak najbardziej pozytywna. Ludzie bardzo dobrze nastawieni. Zawsze staramy się zabrać jakiś prezent, mały drobiazg, magnes na lodówkę, pocztówkę czy broszury z informacji turystycznej z Polski. Kolejnym plusem,  kiedy  mamy okazje zatrzymania się u miejscowej ludności są wspólne posiłki, a szczególnie, kiedy gospodarz robią coś regionalnego. W Beer Szewa zatrzymaliśmy się u Naamy, która pokazała nam jak wygląda kuchnia studencka w Izraelu: zamrażarka pełna pity (podstawa posiłku), warzywa i trochę mięsa, do tego sos sezamowy, a wszystko je się rękoma, po prostu pycha. 





Innym plusem jest fakt, że miejscowi opowiedzą  i pokażą swoje okolice z innej perspektywy. Nie trzeba chodzić jak jakiś zagubiony turysta po ulicy, ale ze spokojem spacerować z naszym "przewodnikiem", dodatkowo można zobaczyć miejsca, które nie zawsze są opisane w przewodniku, a z pewnością warte są zobaczenia. 


W mieszkaniu Naamy 

Dla lubiących wygodę, z przykrością muszę stwierdzić, że samo spanie na CS ma swoje wymagania. Nie zawsze jest do dyspozycji łóżko. Zdarza się, że bez karimaty się nie obejdzie, ale program CS ma spory wachlarz opcji do wyboru potencjalnego gospodarza, wiec jak zawczasu dobierzemy sobie idealnego hosta, będziemy zadowoleni. Od jakiegoś czasu, kiedy gdzieś się wybieramy, zawsze znajdujemy nocleg tam, gdzie tego potrzebujemy i dzięki CS udaje nam się obniżyć koszty wyjazdu. 

Chcieli byśmy jeszcze powiedzieć, że  w ramach podziękowania za nocleg można podarować symboliczny prezent dla gospodarza. Jak jedziemy zagranice to fajnie by było dać coś polskiego może być magnez jakiś obrazek z Polskim motywem. Osobiście odradzamy jako prezentów dawać jedzenie. Bo nie zawsze trafimy w gusta naszych ewentualnych gospodarzy. 

niedziela, 12 maja 2013

Ostatnie słońce cz. 2

Dopiero przy pięknej pogodzie mogliśmy w pełni podziwiać urok tych malowniczych stron. Dookoła rozciągały się gaje oliwne poodgradzane od siebie metrowej wysokości murami z kamienia, a gdzieniegdzie widniały samotne wieże - część z nich była zrujnowana, a część wyremontowana. Widzieliśmy miejscowych ludzi zbierających licznymi gromadami oliwki. Niektórzy z nich czynili to ręcznie, a inni spalinowymi zbieraczkami. Kiedy po paru kilometrach doszliśmy do miejscowości Kita, znów zaczęło padać. Szczęśliwym trafem mogliśmy się schować przed deszczem na przystanku autobusowym, z którego zaczęliśmy łapać stopa. Niestety przy tej pogodzie nikt nie chciał się zatrzymać. Po około 2 godz. udało nam się podjechać z pewną Greczynką, która w raz z koleżanka zdążała do Gerolimenas (niewielki kurort). My zaś chcieliśmy jecha
Charakterystyczne elementy krajobrazu w tej części Grecji

Typowa zabudowa na półwyspie Mani

Skarb Grecji

Zbieranie oliwek w gaju oliwnym



Pies wiernym towarzyszem wedrówki

Greckie smakołyki
ć dalej do Vathia, miejscowości znanej ze wspomnianych już domów typu wieżowego, które budowano w taki właśnie sposób po to ażeby móc kamieniami rzucać w sąsiadów; wygrywał oczywiście właściciel najwyższego budynku. Miejscowość leżała na wzgórzu i prowadziła do niej serpentynowa droga. Na szczęście panie były tak miłe, że nadrobiły drogi i podwiozły nas do samego Vathia.
Po dojechaniu na miejsce czuliśmy panujący wokół niepokój. Z jednej strony właściwie nic tędy nie jeździło, z drugiej wioska była praktycznie wyludniona. Przeszliśmy się  po okolicy i jedyne istoty jakie spotkaliśmy to dwa psy, które później wbrew naszym oczekiwaniom wiernie nam towarzyszyły. Z ciekawości weszliśmy do jednego z tutejszych domów. Parter:  2 pokoje, kuchnia i łazienka,  na kolejnych piętrach  po jednym pomieszczeniu. Ściany były grube - około pół metra samego kamienia. Oboje zastanawialiśmy się, czy może nie spędzić tu nocy. Osobiście wolałem namiot, tu czułem się jakoś nieswojo. Ostatecznie poszliśmy dalej na południe, zostawiając za sobą Vathia. Około 1,5 km za wioską znaleźliśmy ciekawe miejsce na biwak - nad skarpą, około 170m n.p.m. i przy samej drodze. Kiedy tam dodarliśmy nie minął nas ani jeden samochód, co pokazuje jak puste to rejony.  Po rozbiciu namiotu przeszliśmy się po okolicy. Ja udałem się na dół do morza, a Asia poszła w górę ku chacie ulokowanej na skałach. Chciałem dotknąć wody, jednak przy samym dole brzeg był bardzo stromy i niestety wróciłem się na miejsce biwakowania. Asia z kolei doszła do napełniających grozą ruin, które znajdowały się ponad opuszczonym ogrodem oliwnym. Pomimo dużego zachmurzenia słońce czasami zaświeciło nam w oczy, jednak już od morza dało się słyszeć pojedyncze grzmoty. Gdy zrobiło się ciemno, z naszego miejsca idealnie widać było burzę, która błyskała daleko na zachodzie i wydawało nam się, że idzie na północ. Kiedy jednak kolejna burza podeszła tak blisko, że w namiocie robiło się jasno jak za dnia, sprawnie spakowaliśmy rzeczy i zostawiając namiot szybkim krokiem udaliśmy się do Vathia (niebezpieczeństwo potęgowała bliskość słupa wysokiego napięcia, dość wysokie położenie i niewielka ilość wyższych punktów w okolicy). Noc spędziliśmy w opuszczonej wieży (tej, którą wcześniej tak dokładnie zbadaliśmy), a następnego dnia, kiedy przestało padać, poszedłem po namiot. Był na swoim miejscu, a w środku sucho, widać spełnił swoje zadanie.
Zdecydowaliśmy, że z braku jakiegokolwiek transportu, którym udałoby nam się dojechać na przylądek kierujemy się w powrotna podróż. Co chwilę padał deszcz i zanim wyszliśmy z naszego miejsca nocowania, opustoszałej wieży, która nocą była nam jak nawiedzona baszta, a w dzień przypominała stare schronisko górskie, minęła już 11. Początkowo szliśmy pieszo. Po drodze udało nam się zerwać prawdziwą pomarańczę i poczuć jej wspaniały smak. Do dziś nie wiemy, czy to my byliśmy tak głodni i zmęczeni, że tak nam ten owoc smakował, czy też w rzeczywistości był wyjątkowo pyszny. Cieszył nas fakt, że mogliśmy w listopadzie zrywać pomarańcze i chodzić w krótkim rękawku zaledwie 1500km od Polski. Muszę także nadmienić, że nie byliśmy sami - ciągle towarzyszył nam pies, który dzień wcześniej dołączył do nas po przyjeździe do Vathia, później próbował dostać się do naszego namiotu, a kawałki chleba, które dała mu Joasia z pewnością zagwarantowały nam wiernego kompana. Dopiero następnego dnia, kiedy już wracaliśmy, inne psy z jakiejś posesji stanęły mu na drodze. Tam się rozstaliśmy, a chwilę później starsze małżeństwo podrzuciło nas swoim starym cadillakiem ze skurzanymi fotelami do Gerolimenas, gdzie zakupiliśmy trochę jedzenia i pieszo poszliśmy dalej. Teraz kierowaliśmy się na północ do Areopoli, niestety z mizernym skutkiem. Mijaliśmy przy drodze mnóstwo ludzi, którzy zbierali oliwki. Od jednego z kierowców dowiedzieliśmy się, że jest tu najlepsza oliwa w Europie. Po jakimś czasie zatrzymał się pewien Grek, który nie mógł nas podwieźć, ale dał nam coś do jedzenia. Ucieszyło nas to i rozbawieni sytuacją ruszyliśmy dalej. Później młody chłopak zatrzymał się samochodem by nas podwieźć. Od razu powiedział jak ma na imię jego żona, pokazał nam zdjęcie swojego dziecka w komórce i zaraz zadzwonił do swej wybranki (mówił coś po grecku, ale zrozumieliśmy słowo Polska). Specjalnie dla nas podjechał  na dworzec w Areopoli, skąd wyruszyliśmy do Aten.
Dzięki temu, że przedłużyliśmy sobie pobyt o jeden dzień, mieliśmy sporo czasu na zwiedzanie Aten. Nocleg znaleźliśmy dzięki programowi Couchsurfing. Spędziliśmy u uroczej Greczynki dwie noce. Kiedy zajechaliśmy do Aten było już było po północy, na szczęście z małymi tylko trudnościami dotarliśmy do domu naszej gospodyni. Cały następny dzień przeznaczyliśmy na zobaczenie miasta. Pierwszym autobusem dojechaliśmy na Omonias plac, skąd zaczęliśmy spontaniczne zwiedzanie. Na początku miłe zaskoczenie: trafiamy na Centralny Market. Dla mnie bomba, a Asia z zatkanym nosem i małym obrzydzeniem przeszła pomiędzy straganami, które aż uginały się pod mnóstwem świeżych ryb i owoców morza. A tuż obok druga hala z prawdziwym mięsem; cud malina: widzisz co bierzesz, prosisz o kawałek baraniny czy wołowiny i masz pewność, że to nie żadna konina. Po zobaczeniu parlamentu, akropolu i zakupieniu paru pamiątek, zaczęliśmy szukać ciekawego miejsca, gdzie można byłoby coś zjeść. Spacerując po centrum natrafiliśmy na Quick Pitta, restaurację bardzo chętnie odwiedzaną przez miejscowych (co zawsze stanowi jeden z najistotniejszych argumentów przy wyborze lokalu). Za niewiele ponad 20 euro oboje skosztowaliśmy kilku rodzajów mięs z surówką i smażonymi ziemniakami, wszystko było smaczne i godne polecenia.
Świąteczne ozdoby na ateńskich ulicach

Był listopad, więc gdzieniegdzie widniały już wystawy świąteczne, a sklepy z chińskimi ozdobami zaczęły zachęcać cenami od 1euro. Nawiasem mówiąc ciekawie wyglądały Bożonarodzeniowe ozdoby w tym klimacie. My jednak zaopatrzeni w prawdziwą fetę i wino w plastikowej butelce podobnej to tej po oleju Kujawskim, mogliśmy ze spokojem wracać do kraju, mając pewność, że tradycyjne podarunki żywnościowe, jakie zazwyczaj przywozimy z naszych podróży, będą wyśmienicie smakować naszym najbliższym.

czwartek, 9 maja 2013

Ostatnie słońce cz. 1

Większości z nas Grecja kojarzy się z wakacjami Last Minute w opcji  All inclusive, czy też z piękną, słoneczną pogodą. My postanowiliśmy wybrać się tam w listopadzie, licząc że tzw. okres  chandry listopadowej złagodzę cieplejszymi stronami. Bilety zakupione w Szalonej Środzie kilka miesięcy wcześniej spokojnie czekały na wylot. Początkowo wyjazd miał trwać 5 dni, ale dzięki zawieszeniu przez Lot na okres zimowy lotów z Warszawy do Grecji musieliśmy skorygować naszą podróż. Wszystko załatwialiśmy przez telefon z konsultantem infolinii. Z początkowych  5 dni zrobiło się 6. Lot do Aten bez zmian, za to powrót przez Kopenhagę.

Gytheio


Uliczki w Areopolis

Kot w ogrodach Areopolis

Mezapos

Naszym celem był półwysep Mani znany z małego zaludnienia i ze specyficznego klimatu, który powoduje, że brak tam bujnej roślinności, za to gdzieniegdzie można spotkać kaktusy. Z przewodnika wyczytałem, że kilka wieków temu miejscowa ludność szczyciła się tym, że nikt nie umierał tam śmiercią naturalną, za to wszyscy padali w walce. Na straży półwyspu stoi słynna Sparta, znana z walecznych wojowników, których mogliśmy podziwiać między innymi w filmie „300”.
Przybyliśmy do Aten w niedzielne popołudnie 18 listopada. Już na lotnisku poczuliśmy przyjemne ciepło. Po wcześniejszych przygotowaniach wiedzieliśmy gdzie i skąd jechać, więc  udaliśmy się od razu na dworzec autobusowy. Stamtąd autobusem pojechaliśmy do Gytheio, miasteczka leżącego nad Morzem Śródziemnym w zatoce Lakońskiej.  Dojechaliśmy o 22 i po wyjściu z pojazdu zadaliśmy sobie pytanie, gdzie można by pójść aby przenocować. Mieliśmy ze sobą namiot, ale brakowało nam dogodnego miejsca. Po chwili szukania zauważyliśmy w oddali pięknie oświetloną małą cerkiewkę, która znajdowała się na niewielkim cyplu, w pobliżu lasu i latarni morskiej. Pierwszy nocleg był trochę zagadkowy, gdyż namiot rozbijaliśmy przy światłach czołówek i o poranku dopiero okazało się w jakim sąsiedztwie mieliśmy okazje spędzić pierwszą noc w Grecji. Pogoda sprzyjała spaniu w namiocie: ani za ciepło ani za zimno.
Po porannych zakupach w miejscowej piekarni i wypisaniu pocztówek ruszyliśmy dalej na południe. Liczyliśmy na to, że uda nam się dosyć sprawnie złapać stopa, jednak musieliśmy dojść pieszo aż na obrzeża miasta aby skutecznie zatrzymać jakiś samochód.  Przede wszystkim chcieliśmy dojechać  do przylądka Matapan, który jest najbardziej na południe wysuniętym punktem Peloponezu. Podczas autostopowej przeprawy, zza okna samochodu ujrzeliśmy popalone zbocza górskie. Kierowca powiedział, że od 7 miesięcy tu nie padało. Gdy wyjeżdżaliśmy z Gytheio pogoda była słoneczna lecz od morza nadchodziły ciemne chmury. Po ponad półgodzinnej jeździe dotarliśmy do Areopoli, sennej mieściny z urokliwym rynkiem i wąskimi uliczkami. Występuje tu typowa zabudowa półwyspu Mani: domy z kamienia  w formie wież, wysokie na kilkanaście metrów.  Po zwiedzeniu miasteczka postanowiliśmy, że zanim pojedziemy w dalszą drogę, zjemy w lokalnym barze obiad. Za niecałe 10 euro udało nam się zamówić szaszłyki i sałatkę choriatiki (popularna u nas pod nazwą „sałatka grecka”). Niestety, kiedy jedliśmy nasze smakołyki, zaczęło padać. Postanowiliśmy przeczekać deszcz, a kiedy minął, udaliśmy się w okolice głównej drogi by pojechać dalej.  Z mapą w ręku zdecydowałem, że jedziemy do Mazepo. Była to mała osada nad morzem, w której jak dowiadywaliśmy się od naszych kierowców, praktycznie nic nie ma. My jednak chcieliśmy doświadczyć właśnie tej pustki i nie zrażało nas to, że samochody jeździły tam bardzo rzadko. Po raz kolejny tego dnia zaczęło padać. Na szczęście byliśmy w samochodzie. Jednak, gdy dojechaliśmy na miejsce i wysiedliśmy z auta, nie ominęła nas niepożądana kąpiel. Do Mazepos mieliśmy prawie 2km spacerem w burzy i deszczu. Mogliśmy sobie już darować rozbijanie namiotu. Cali byliśmy mokrzy, a spanie na dziko też raczej nie wchodziło w grę. Poszczęściło się nam, bo mieliśmy okazję skorzystać z „gościny” miejscowych ludzi. Niestety za nocleg trzeba było im zapłacić 20 euro od osoby (jak za mały pokoik i toaletę na ogrodzie z wężem z zimną wodą zamiast prysznica, to naprawdę sporo). My jednak nie wybrzydzaliśmy i słusznie, bo burza, która zaczęła się około godziny 14, trwała właściwie bez przerwy do późnych godzin nocnych. Nazajutrz pogoda była słoneczna, niestety kolejne chmury nadciągały ze wschodu i północy. Nie tracąc czasu na bezsensowne siedzenie ruszyliśmy w drogę. Nasi gospodarze również szykowali się do wyjścia, bo jechali na zbieranie oliwek.

niedziela, 5 maja 2013

Pieszo po Polskim wybrzeżu.

Zachód słońca w Niechorzu 











Miało być przez całe wybrzeże w 5 dni, a skończyło się jak zwykle szybciej, już po dwóch dniach. Pierwszego dnia przeszedłem według GPS 73km. Mimo że wyprawa miała być dłuższa i zakończona rekordem, jestem  zadowolony. Pogoda dopisała, wiatr prawie nieodczuwalny a słońce świeciło cały dzień. Nawet nie mogłem narzekać na plaże- była idealna do maszerowania. Zdarzały się momenty, kiedy piasek był grząski, ale na tak długim dystansie było to nawet niezauważalne.  Aby się zbytnio nie nudzić, słuchałem radia, a co 10 km robiłem dłuższe przerwy. Zdarzało mi się nawet przysnąć leżąc na piasku z plecakiem pod głową. Maszerowałem od 7 rano aż do 23. Może się wydawać, że takie maszerowanie jest bardzo monotonne, jednak w rzeczywistości po drodze mija się ciekawe odcinki wybrzeża, monstrualne gdzieniegdzie (w okolicy wyspy Wolin) wybrzeże klifowe lub mierzejowe - to najbardziej spokojne i piaszczyste. Kiedy w Niechorzu zatrzymałem się na zachód słońca, postanowiłem że pójdę jeszcze niecałe 10 km do Mrzeżyna. Dość długo trwał półmrok. Szło sie rewelacyjnie, nawet nie musiałem zapalać czołówki. W życiu nie widziałem tylu gwiazd na niebie, po prostu jedna koło drugiej. Miałem uczucie jakby to całe sklepienie zbliżało się do mnie. Pomimo wieczornej, dobrej do maszerowania aury i ciekawej audycji w radio o Nowej Hucie, postanowiłem zatrzymać się na nocleg. Nie szukając zbytnio miejsca do spania położyłem się na plaży. W radio mówili, że na północy ma być zimno tej nocy; możliwe, że było, ale miałem swój ukochany "żelazny śpiwór", w którym już zdarzało mi się sypiać w górach nawet przy -14 stopniach.  Każda taka wyprawa uczy mnie czegoś nowego w kwestii koniecznego do zabrania ekwipunku. Tym razem w sumie było okej, ale jednak brak możliwości wykąpania się w morzu, sprawił mi pewien dyskomfort, dlatego jeśli już podejmę kolejną próbę przejścia naszego wybrzeża to, za namową Marcina Markanicza, będzie to latem.  
Świnoujście-Mrzeżyno mój pieszy kawałek

środa, 28 listopada 2012

Ciekawe noclegi 2012 c.d.

Chyba to już ostatnia tegoroczna część z cyklu "Ciekawe noclegi 2012". W listopadzie wybraliśmy się do Grecji, a dokładnie na półwysep Mani, najdalej wysunięty na południe skrawek Peloponezu. Gdy dojechaliśmy z Aten do Githio było po 23 w niedziele. Już w autobusie nurtowało nas tylko jedno pytanie: gdzie będziemy spali tej nocy. Wiedzieliśmy jedno, że na pewno w namiocie. Po męczącej podróży byliśmy wykończeni i chcieliśmy jak najszybciej zasnąć, tymczasem czekało nas żmudne szukanie bezpiecznego miejsca do rozbicia namiotu.

Próbowaliśmy dowiedzieć się od miejscowych czy znają jakieś, ale ci odpowiadali tylko, że pola namiotowe są zamknięte. Dzięki doświadczeniom z innych tego typu noclegów bez zastanowienia udaliśmy w kierunku nabrzeża i mimo że już było ciemno (jak się rano okazało) znów wybraliśmy piękną okolicę do spania.

Widok na Gytheio
Peloponez w listopadzie znacznie różni się od kurortu jakim jest w sezonie letnim, jednak temperatura jest i tak przyjemniejsza niż w Polsce. A to niecałe 2000 km od kraju.
Vathia- prawie jak średniowieczne miasto
Vathia może stanowić świetny przykład rzeczywistości na greckiej prowincji zarówno jeśli chodzi o architekturę jak również życie mieszkańców. Większość ludzi opuszcza wieś by wyjechać do Aten lub z powodu kryzysu emigruje poza Grecję by szukać pracy w dalekim świecie. Właściwie dzięki temu mogliśmy przenocować w jednym z symboli Vathia czyli wieży. Wieże te są domami, które według tradycji budowano na tyle wysokie żeby móc do woli ciskać kamieniami w podłych sąsiadów. Gdy dotarliśmy na miejsce, wioska zdawała się być  opuszczona, tylko w jednej wieży mieszkali ludzie, więc nie musieliśmy się martwic, że dostaniemy kamieniem w głowę. W dodatku ze znalezieniem odpowiedniego, samotnego domu do spania nie było większego problemu, ba! mogliśmy nawet wybierać. Gdy spędzaliśmy tam noc, nad nami przechodziła burza, a przy każdym większym grzmocie cały dom trząsł się jak galareta. Niezapomniane wrażenia. Domy były bardzo urocze i w środku przypominały trochę nasze górskie schroniska.

Za oknem mogliśmy podziwiać surową okolicę półwyspu Mani lub błyski kolejnych burz, przed którymi nie ukryłby nas mały namiot. Cóż, czasem dobrze, że w okolicy istnieją puste budynki. Nie zawsze są miejscami zabaw niesfornych dzieci, schadzek podnieconych kochanków, czy siedzibami okolicznych kloszardów, mogą nieraz stanowić bezpieczna przystań dla bezbronnych wędrowców.

piątek, 5 października 2012

Ciekawe noclegi 2012

Kontynuując pierwszy post związany z ciekawymi noclegami na naszych wyjazdach, w tym roku udało nam się, podobnie jak w zeszłym, mieć fajne miejsca do nocowania. Podczas całego naszego 2 tyg. wyjazdu na bliski wschód nie wydaliśmy ani szekla czy dinara na spanie. W sumie nocowaliśmy nad trzema morzami, nad którymi leży Izrael i nad jeziorem Galilejskim. Natomiast ostatniego dnia  nocowaliśmy na lotnisku w Tel Avivie ponieważ, lot powrotny do Polski mieliśmy o 5 rano i musieliśmy znacznie wcześniej pojawić się na lotnisku. Pozostałe noclegi znaleźliśmy dzięki programowi couchsurfing  w Tel Avivie, Jerozolimie, Beer Szeva i w Ammanie. 


Pod palmami w Izraelu
Nocleg nad morzem Martwym
I stało się. Pierwszy wyjazd do ciepłego kraju i obowiązkowo wymarzony nocleg pod palmami. Było to nad Morzem Martwym w totalnej depresji około - 400mp.p.m. Wystarczyło otworzyć oczy, gdy leżeliśmy na swoich karimatach by ujrzeć palmy, jak na załączonym obrazku. 



Poranny widok z miejsc noclegowych był urzekający, a zarazem trochę straszny, bo wkoło pustynia, pustynia i to martwe morze.








Mogło by się wydawać, że spaliśmy na dziko, ale o dziwo był to kemping w Eni Gedi. Na szczęście nic nie kosztował, a w dodatku były tam prysznice i bieżąca woda. Temperatura nie spadła nawet poniżej 30 stopni, bo gdy o 6 rano poszedłem popływać w morzu, termometr na budce ratowniczej pokazywał 38 stopni. 
Eilat-Izrael
Kolejnym noclegiem z cyklu plażowego był Eliat i tamtejsza plaża nad Morzem Czerwonym. Tak jak nad Morzem Martwym i tu mieliśmy do dyspozycji prysznice, bo zasolenie choć może nie jest takie jak w MM, ale po kąpieli w MC  też trzeba się opłukać. 
Nocleg nad jeziorem Galilejskim
I znów po przeciwnej stronie morza Jordania,  która swoimi wypalonymi od słońca górami budzi niepokój. 
Nad jezioro Galilejskie zajechaliśmy już o zmierzchu. Nie wiedzieliśmy nawet, gdzie zasypiamy. Za to  widok o poranku był przepiękny. Oj naoglądaliśmy się wschodów słońca podczas wyjazdu do Ziemi Świętej. 
Właśnie nad jeziorem Galilejskim była najzimniejsza noc. Temperatura musiała spaść chyba do 20 stopni, a jedyny śpiwór jaki mieliśmy ze sobą był dobrze wykorzystany. 
















Nocleg na plaży w Hajfie


Ostatni nocleg, który nam pozostał aby nocować nad  wszystkimi morzami Izraela, odbyliśmy w Hajfie, leżącej nad Morzem Śródziemnym. Miasto z pięknym nowym nadmorskim bulwarem zachęcało do tego, aby spędzić tu więcej czasu. Ostatecznie, gdy tam dotarliśmy, zostaliśmy na plaży już do wieczora i potem na cała noc.  
Noc na lotnisku Ben Gurion
Najbezpieczniejszy nocleg spędziliśmy na lotnisku Ben Gurion. Tyle ochrony lotniska, co tam się kręciło, nigdzie wcześniej nie widzieliśmy. 








Pierwsza cześć postu: Ciekawe noclegi 

wtorek, 10 kwietnia 2012

Ciekawe noclegi



Rumunia-na pastwisku
W czasie podróży po Rumunii pokonywaliśmy trasę z Jassy do Satu Mare, więc po drodze mieliśmy do przebycia Karpaty Wschodnie. Tak się złożyło, że za Suczawą złapaliśmy stopa i kawałek przejechaliśmy z hiszpańską rodzinką, jednak w pewnym momencie nasze drogi musiały się rozejść, a my wysiąść, niestety w dość niekomfortowym miejscu... Rozstaliśmy się z nimi w miejscowości Vame, gdzie zaczęliśmy szukać noclegu. Przeszliśmy ponad 2km, dochodziliśmy już do końca wioski i nigdzie nie spotkaliśmy gościnnych miejscowych ani bezpiecznych pustych przestrzeni na rozbicie namiotów, dlatego zaczęliśmy kierować się na jakieś odludzie. Po drodze mijaliśmy miejscowe domy i bezpańskie pastwiska. W końcu zboczyliśmy z głównej drogi i weszliśmy na jakieś pastwisko z szałasem, niestety nikogo nie było w środku, ale w pobliżu kręciła się jakaś staruszka, podeszliśmy do niej i na migi zapytaliśmy o miejsce na namioty. Zaprosiła nas na swoje pastwisko, a nawet podarowała na wieczór mleko w butelce po wódce. Gdy rozbijaliśmy się był już półmrok i zupełnie nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, cóż takiego zbudzi nas kolejnego dnia...


Węgry- pole ogórków 


Kto ma za sobą wizytę na Węgrzech, ten dobrze wie, że żaden z indoeuropejskich języków, a posługuje się nimi ponad 3mld ludzi na świecie, niewiele pomoże dla chcących dogadac się na Węgrzech. Zrozumieliśmy to, gdy dojechaliśmy do Győrtelek i udaliśmy się do pierwszego gospodarstwa by zapytać się o możliwość rozbicia namiotu. Nasze bezowocne próby porozumiewania się po angielsku i francusku, a nawet na migi skończyły się tym, że pokazaliśmy obrazek przedstawiający namiot na naszym pokrowcu i wtedy z duża euforią zostaliśmy zaproszeni na podwórko by rozbić się przy polu ogórków.
Czarnogóra-na morzem
Do Ulcinij w Czarnogórze dojechaliśmy o zmroku. Gdyby to był lipiec lub sierpień byłoby jeszcze widno, ale 30 września dzień był zdecydowanie krótszy i o 21 panowała zupełna ciemność. Wysiedliśmy na miejscowym dworcu autobusowym i udaliśmy się na plażę. Już wcześniej planowałem, że będziemy tam spać, choć nie miałem zielonego pojęcia o możliwości realizacji tego pomysłu. Na ostatnim bulwarze, który prowadził na nadmorską promenadę słyszeliśmy wkoło oferty "zimmer Zimmer!!!", ale nie chcieliśmy skorzystać ufni w plażowe wygody. Po dotarciu na promenadę zaskoczeni byliśmy wielkimi palmami, które rosły wzdłuż drogi i sporą liczbą osób spacerujących mimo dość późnej pory. Zanim poszedłem szukac miejsca do spania kupiliśmy sobie kawałek pizzy na kolację. Gdy Asia jeszcze jadła, poszedłem sie rozejrzeć, niestety plaża była dość mała i co gorsza ogrodzona, właściwie nie dałoby się na niej ukryć, ale na końcu znalazłem ten oto obszerny, drewniany pomost. Moim zdaniem jest to jedno z najciekawszych miejsc noclegowych, które mieliśmy podczas naszej podróży po Bałkanach...Sami oceńcie
Czarnogóra-Poranny widok
Jak sie ma taki widok o poranku i 2 kroki by popływać w morzu, to jest po prostu super!!!!!!!!
Albania-w hotelu
Po całym dniu jazdy z Koplik do Sarandy bylismy wykończeni urokami podróżowania po Albańskich drogach. Przyjechaliśmy na miejsce po godzinie 22 i niewielu ludzi było na ulicach, większość podróżnych jadących z nami autobusem rozjechało się czekającymi na nich w Sarandzie samochodami w nieznane. A my wzięliśmy swoje przyciężkie plecaki na plecy i udaliśmy się w stronę morza Jońskiego, by tam znaleźć ciekawe miejsce na nocleg. Nie przeszliśmy 50 metrów, gdy jakiś Albańczyk stojący w wejściu ciągle otwartego baru krzyknął: "room", a my najpierw sceptycznie, ale ze skrytą ciekawością, posłuchaliśmy jego oferty. Ostateczna cena za pokój wynosiła 30 euro za 2os za 2 noce...Miejsce w pobliżu plaży, w sam raz na błogie leniuchowanie
Macedonia-jezioro Ochrydzkie 
Po ostatniej nocy spędzonej u jakże gościnnych Albańczyków z Lin nie liczyliśmy na nic wyjątkowego i komfortowego. Gdy przekroczyliśmy granicę albańsko-macedońską udaliśmy się w kierunku Ohrid nad jeziorem Ochrydzkim. Jak na październik pogoda była wyjątkowo piękna, ciągle ponad 20°C mimo wysokości bezwzględnej ponad 600m n.p.m.!Po przybyciu do celu najpierw chcieliśmy coś zjeść i kupić pocztówki, nie myśleliśmy jeszcze gdzie będziemy spać. Gdy po obiedzie udaliśmy się do sklepu z pamiątkami, natrafiliśmy na sympatycznego sprzedawcę, który pozwolił nam zostawić nasze ciężkie plecaki na całe popołudnie...Uwolnieni od ciężarów ruszyliśmy zwiedzać starówkę i przy okazji udało nam sie znaleźć ciekawy i bezpieczny nocleg pod Cerkwią św. Jana Teologa.
Macedonia-poranek nad jez. Ochrydzkim
Oto przepiękna panorama z naszych karimat na jezioro Ochrydzkie o poranku...bezcenne!
Ukraina-w domu na wsi
Zdażały się też miejsca, które wystrojem i gościnnością gospodarzy przypominały mi dom mojej babci pod Siedlcami. Własnie na Ukrainie gościliśmy w jednym z takich domów. Pewna kobieta słysząc polską mowę na dworcu autobusowym w Kamieńcu Podolskim zapytała skąd jesteśmy i po krótkiej rozmowie zaprosiła nas do domu swojej matki (sama mieszkała i pracowała w Kijowie). Gdy była kiedyś w Polsce otrzymała pomoc od nieznajomej osoby i w ten sposób chciała się odwdzięczyć Polakom. Przyjeliśmy zaproszenie i razem z nią pojechaliśmy do małej wsi pod Kmieńcem Podolskim, gdzie dwa razy dziennie jeździ marszrutka a ludzie żyją z tego, co uda im się wyhodować i sprzedać na miejskim targowisku.

Kolejna odsłona; Ciekawe Noclegi 2012